Ulecieć w dal.
Ulotność. Czas. Chwila. Kruchość. Kruchość serca, kruchość uczuć, muśnięcie wiatru na policzku, zapach rozproszony i ledwo rozpoznany, a już niedościgniony. Światło i ciemność. Współistniejące i zależne od siebie jak dwie strony księżyca. Gdzie jedna bez drugiej istnieć nie potrafi? Smutek i radość. Następujące po sobie i obok siebie podążające. Smutek przygarbiony i lekko przybrudzony. Radość piękna i pachnąca. Jaśniejąca i promienna. Oboje krok w krok razem i osobno.
Świat spłaszczony i pociągnięty szarą farbą. Pokryty kurzem i zmęczony zmaganiami szarego dnia. Ja razem z nim zmęczona. Zmęczona straszliwie tymi zawrotami. Boli, wszystko boli. Nawet nie umiem mówić już. Nie czuję już nic. Tak jakbym stała się jednym, wielkim obolałym kłębkiem nie wiadomo, czego. Jakbym stała się splątanymi włóknami siebie samej, które już nawet ani końca, ani początku nie mają. Nie pamiętają już nawet, co wczoraj, a co dzisiaj.
Stała się pustka. Wielka, smutna i tak dobrze znana pustka. Tak znam ją dobrze. Otuliła mnie swoimi ramionami. Najpierw poczułam jej mroźny oddech. Nerwowo kłębiły się myśli, że może tym razem się uda. Może i może… może mi się wydaje? Była coraz bliżej, aż w końcu swoją obecnością potwierdziła wszelkie obawy. Potwierdziła też to, co nieuniknione, przypieczętowała ból. Zamknęła mnie w szklanym pudełku, szczelnie oddzieliła od słońca. Powietrze pompowane przez rurkę zatęchłe ze starości nie daje płucom możliwości swobodnej pracy. Ograniczony tlen, ograniczone ruchy. Dookoła mnie szarość, przez którą trudno zobaczyć, co się dzieje tam po drugiej stronie szyby. Zwinięta w kłębek, oddycham powoli, tak jak to tylko możliwe. Nie wykonywać żadnych zbędnych ruchów, nie starczy na nie powietrza. Nic nie czuję już… Powoli zamykam w sobie wszystkie bolesne miejsca. Zatrzaskuję drzwi, które mogłyby do nich mnie poprowadzić. Nie chcę tam wracać. Muszę przetrwać tą pustkę. Nie mogę marnować energii na spoglądanie tam gdzie jest ból. Teraz ważne jest przetrwanie. Ważne jest dziś, ważne jest to, co za godzinę. To, co w tej minucie. Jutra nie ma.
Tak sobie żyjemy z dnia na dzień. Dzień po dniu marnując czas. Płynie a my narzekamy na pogodę, sąsiada, ciasne buty, dzieci, śmieci. Uśmiechu jak na lekarstwo. Ja też tak. Miesiące wyznaczane kartkami kalendarza stapiają się w jedną nierozpoznawalną masę. Nie pamiętam, jaki jest dzień miesiąca. Nie pamiętam, co robiłam tydzień temu. Jak tak dalej pójdzie, gdy dożyję okresu starszej pani będę pamiętała jedynie szarą rozciągająca się po horyzont masę dni, które niczym od siebie nie różniąc się scalają się w kupkę kurzu. Taki sierści kłębek zbity w kulkę tuż koło telewizora leżący. Nikomu nie potrzebny, nic niemówiący. Kiedyś może i czemuś, po coś, ale teraz – śmieć, zawalidroga, brud. Tylko chwile jak ta wstrząsając rzeczywistością każą się otrząsnąć z szarości szarością dusząc. Przytłaczają bólem i raptem dociera do Ciebie żuczku maleńki ile czasu zmarnowałeś o tym sąsiedzie mówiąc. Ile czasu, cennych minut nie doceniłeś w ich niecodziennej pięknej poświacie. Zasnuty pajęczynami rutyny nie uśmiechasz się przygnieciony ciężarem swoich nieszczęść. Nieszczęść, które wydają się być niewiarygodnie ciężkie. Owszem ciężkie są. Ciężkie, bo Twoje… Skoro one są to i Ty jesteś. Miarką nieszczęść odmierzane są dni.