Naucz się marzyć.

Marzenia trzeba karmić, hodować i pielęgnować. Spraw, żeby zawsze były świeże i dobrze odżywione. Niech każdego dnia, w każdej minucie mają poczucie, że są dla Ciebie równie ważne i że nie przestajesz o nich myśleć. Każda dobra myśl głaszcze marzenie po brzuszku. Dobrze wygłaskane marzenie rośnie i nabiera sił. Nie pozwól im umierać powolną śmiercią, nie skazuj ich na zapomnienie. One wtedy cierpią skulone gdzieś w kącie Twojej duszy, obrastają kurzem i łkają cichutko czekając, aż sobie o nich przypomnisz.

Każde powołane do życia marzenie nadaje blasku Tobie i Twoim dniom. Wiem, że to brzmi jak banał. Mam jednak prawo tak napisać, jako że muszę przyznać, iż przyczyniłam się do niechybnej śmierci wielu z moich marzeń. Jestem za ten proceder odpowiedzialna w pełni i nie mam nic na swoją obronę. Mogę tylko powiedzieć, że zostałam też za to boleśnie ukarana.

Nawet nie jestem w stanie zliczyć ile tych małych i dużych cudów wysłałam do krainy zapomnienia. Nie miałam żadnych skrupułów i często zanim zdążyły na mnie nieśmiało spojrzeć już postanawiałam, że nie chcę ich w swoim życiu. Taka to była ze mnie pełna empatii jednostka. Nie zdawałam sobie kompletnie sprawy z faktu, że zapominając o każdym jednym marzeniu doprowadziłam do drastycznego zubożenia mnie samej. Nie było przecież, na co czekać, do czego dążyć. Nic mnie nie napędzało. Kroczyłam jak pusta skorupa siebie samej, zarys tego, czym byłam kiedyś. Kroczyłam popychana okolicznościami, bezwolna. To jest właśnie kara za każde uśmiercone marzenie. Blakniesz niczym znoszony ciuch. To tak może trwać nawet aż do końca Twoich dni, w końcu każdy sam decyduje o tym, jak te jego dni wyglądają i jak wyglądać będą.

Marzenia można unicestwiać z różnych powodów. Moim najczęstszym motywem był przyznaję teraz zupełnie szczerze strach przed tym, co będzie jak one się rzeczywiście spełnią. Najbardziej na świecie przerażała mnie myśl, że coś dobrego może się zdarzyć. Chore? Jak najbardziej. Nie jest to jednak wcale takie rzadkie zjawisko. Z moich obserwacji wynika, że nie mnie jedną dopadł taki uwiąd. Nie ja jedna wolałam stać w miejscu i przyglądać się temu jak szarzeje zamiast iść do przodu. Dużo czasu zajęło mi dotarcie do tej świadomości. Mówię tu o takiej świadomości, za którą stoją konkretne działania i żal. Takiej, która spowodowała, że zaczęłam odkurzać i ożywiać swoje marzenia a nie użalałam się nad sobą. Dotknęłam takiej pustki, że aż mnie to przeraziło. Ten stan uzmysłowił mi, dokąd zmierzam i dotarło do mnie, że czas otworzyć okna i wpuścić do tej skorupy dobre rzeczy a przede wszystkim świeże powietrze. Przewietrzyć to zapowietrzone miejsce, dać sobie możliwość działania zamiast zamrażać każdy możliwy ruch zanim się jeszcze pojawi. Oczywiście brzmi niebiesko, sielsko – anielsko jak z poradnika dla poranionych. Wstań i idź. Nie było to wcale takie proste. Bolało i czasem nadal boli i pewnie będzie. Chcę pamiętać ten ból, chcę go czuć. Pozwala mi zachować odpowiedni kierunek.

Potrafię teraz leżeć i słuchać muzyki spokojnie tworzyć w głowie obrazy tego, na co czekam. Tego, czego chcę. Tego, o czym marzę. Stwarzam alternatywny świat i widzę jak rozkwita. Coś we mnie mówi – „przyjdź do mnie to, co dobre” Czekam na Ciebie. Pozwalam Ci istnieć. Stwarzam miejsce dla Ciebie. Dobre w szerokim tego słowa znaczeniu. Dobre chwile, które sobie wyobrażam i które chce przeżyć. Dobre słowa, które daję i otrzymuję. Dobre miejsca, dobre myśli, dobrzy ludzie. Wszystko to, co ciepłe i przyjemne nie tylko w dotyku. Otwieram drzwi i okna i wypełnia mnie zieleń. Przypominam sobie każde marzenie, które się spełniło i jak się spełniło. Okazuje się, że jednak wiele z nich przy odrobinie wiary stało się rzeczywistością. Pochylam się nad nimi i pielęgnuję te wspomnienia. To, że się spełniły pozwala mi stwarzać kolejne i dbać o nie najlepiej jak potrafię. Oczywiście nie zawsze mi się to udaje. Czasem się potykam, czasem obraz się urywa. Wracam wtedy myślami do tego, czasu, kiedy nie poruszało mnie nic. Niczym głębokie, czarne, bezdenne jezioro, w którym żyją potwory przerażałam swoją martwotą. Wiem wtedy, czego chcę unikać i zaczynam od nowa…

Spełnione marzenie?

Jedno z najważniejszych…

Jeździłam na wózku inwalidzkim. Dzień zaczynałam od marzeń o tym, co będę robić jak uda mi się znowu stanąć na nogi. Śniłam na jawie o tym, jak stawiam krok za krokiem. Dokąd pójdę, co zrobię. Wyobrażałam sobie te moje unieruchomione kończyny w pełni sił. Gdy na wózkowym spacerze patrzyłam w niebo, tak naprawdę byłam w świecie gdzie nie jestem unieruchomiona. W świecie, w którym nie było żadnych barier, mogłam biegać i biegałam. Spełniło się i zawsze będę pamiętać te łzy szczęścia, które popłynęły, gdy udało mi się stanąć na własne nogi. Oczywiście poprzedziło ten moment wiele miesięcy bolesnych ćwiczeń, płaczu, wściekłości, rozżalenia, ale jestem pewna teraz po czasie, że nie byłoby to możliwe gdybym nie stworzyła wtedy tej krainy i nie karmiła tego marzenia tak regularnie i z takim oddaniem.

←Older